close
Po prostu zacznij szukać...
Jenny Saville, Propped

Podzielmy się ciałem… ciałem kobiecym. Jedzcie z tego wszyscy.

 

 

Oto jak o Saville pisze Rafał Betlejewski, zastanawiając się nad jej sztuką w kontekście Wielkanocy.

Polska – ten artystyczny ugór, to bestialskie kamienisko nieczułości – potrzebuje sztuki bardziej niż jakikolwiek inny kraj na świecie. Inaczej umrzemy na swoje fobie, zgaśniemy w mrokach własnej paranoi, damy się pożreć Chrystusowi, którego zmieniliśmy w emocjonalną hienę, choć przecież to my mieliśmy pożerać Jego Ciało.

W święta Wielkanocne chciałbym się podzielić Ciałem… Ciałem kobiecym. W takiej formie w jakiej przedstawia je Jenny Saville na swoich niezwykłych, uderzających obrazach. Niech to będzie odtrutka od obsesyjnych wizerunków ciał wysportowanych i ujędrnionych przez notoryczną gimnastykę na wszechobecnych dywanach i wykładzinach domowych, tworzonych z poddańczą miną wystawioną do lustra. Niech to też będzie odpoczynek od umęczonego ciała męskiego zwisającego z bloku drewna, które ma nas w jakiś sposób mitygować i onieśmielać – patrząc na Saville spróbujmy uświadomić sobie, że prawdziwie umęczonym ciałem jest ciało kobiece, oraz że moralność i wszelka metafizyka bierze się z ciała jako takiego, z samej jego obecności, z jego nieznośnego ciężaru, a nie z rozmów, jakie brodaci mężczyźni prowadzili na pustyni z gorejącym krzakiem. To ciało – nasze codzienne ciało – ze swoją natarczywością jest źródłem naszego zawstydzenia i ekstazy (choć może to jedno i to samo) a przez to domaga się kamuflażu. I jeszcze jedna uwaga: ciało Jezusa jest par excellence ciałem kobiecym. Warto to sobie wreszcie uświadomić idąc święcić jajka.

A teraz do Saville. Zobaczyłem ją (jej pracę) na żywo po raz pierwszy podczas słynnej wystawy Sensations w Londynie w 1996 roku, a później ponownie w Nowym Yorku. Był to jej najsłynniejszy obraz Propped, przedstawiający wielkie kobiece ciało wsparte na stołku, ledwo mieszczące się pod górną krawędzią obrazu, ze szponami wbijającymi się w uda, z miną rzucającą wyzwanie i literami z feministycznego manifestu. Wyobrażacie sobie mieć coś takiego na ścianie? Pomijam, że trzeba by mieć sporą ścianę… no i 50 milionów złotych, gdyż za tyle ten obraz się sprzedał. I Jenny namalowała go mając lat 20. I mean… what? Ja miałem lat 22 gdy patrzyłem na to ciało w Londynie i pamiętam, że ledwo co potrafiłem wydukać jak się nazywam, nie mówiąc już o tym, by namalować coś tak świadomego.

Jenny – moja rówieśniczka – była wtedy na Glasgow School of Art, której cechą jest nacisk na malarstwo figuratywne, i jak sama artystka wspomina, warsztat rysunku z natury i modela był otwarty codziennie od rana do wieczora, a każdy student musiał na koniec roku zaprezentować jakąś ilość obrazów figuratywnych, choć oczywiście można było specjalizować się w dowolnym rodzaju malarstwa. I to szkolenie okazało się dla Saville podstawowe. To właśnie technika warsztatowa – jak sama mówi – dała jej odwagę do indywidualnej wypowiedzi. No i to widać. Nie chcę marudzić i udawać specjalisty, ale moje wizyty na przeglądach prac studentów ASP w Warszawie dają mi niemiłe odczucie, że podstawy warsztatowe są piętą achillesową młodych malarzy, że wielu z nich chce się „wypowiadać artystycznie” zanim jeszcze nauczy się poprawnie malować, a prac studyjnych jest jak na lekarstwo. Zresztą, jeśli spojrzeć na artystyczny rozwój Saville widać, że Propped to praca studencka!

Jenny Saville jest artystką feministyczną – sama tak o sobie mówi.

A tłumacząc to na język mniej polityczny, Jenny jest kobietą i maluje jak kobieta, mając głęboko w dupie opinię mężczyzn. Jak sama mówi, tym co ją od razu uderzyło, gdy zaczęła zajmować się sztuką, był całkowity brak kobiet wśród artystów i wszechpotężny męski punkt widzenia także na kobiece ciało. Pod wpływem tej konstatacji chciała nawet porzucić malowanie, lecz impuls był silniejszy od niej – pamiętajmy: bycia artystą się nie wybiera, to jest uwarunkowanie genetyczne, na które nie ma rady. Dlatego dziś możemy patrzeć na te powalające prace i myśleć o tym, jakim darem jest artysta. Jak ważne dla każdego społeczeństwa jest tworzenie warunków dla twórczości, dawanie młodym ludziom i starszym twórcom przestrzeni do życia i pracy. Polska – ten artystyczny ugór, to bestialskie kamienisko nieczułości – potrzebuje sztuki bardziej niż jakikolwiek inny kraj na świecie. Inaczej umrzemy na swoje fobie, zgaśniemy w mrokach własnej paranoi, damy się pożreć Chrystusowi, którego zmieniliśmy w emocjonalną hienę, choć przecież to my mieliśmy pożerać Jego Ciało. Jak to się stało? Polacy!

 

Inspiracja: Tim Okamura

W swoich portretach kobiet malarz z Brooklynu, Tim Okamura, bada zjawisko tożsamości. Na jego obrazach widać czarne kobiety otoczone elementami sugerującymi naturę: widać motyle i gryzonie, a na innych pojawia się graffiti przypominające miejskie krajobrazy. Pochodzący z Kanady Okamura „bada tożsamość, środowisko miejskie i współczesną ikonografię poprzez unikalną metodę malowania – łączącą akademickie podejście do postaci z kolażem, farbą w sprayu i mieszanymi mediami”. Artysta mówił, że zwraca uwagę na ludzi, którzy często są „niedoreprezentowani” w sztuce. To pozwala mu poznać innych od siebie i zakwestionować swoje wyobrażenia o własnej tożsamości.

 

This site is registered on wpml.org as a development site.