d

Sztuka Fantastyczna Tomasza Sętowskiego

Sztuka Fantastyczna Tomasza Sętowskiego

Ci z nas, którzy w latach osiemdziesiątych szukali ucieczki od szarej rzeczywistości w świat fantastyki, znają twórczość Sętowskiego, jak swoje własne marzenia.

Kiedyś natykaliśmy się na te obrazy w chwilach bardzo intymnych czyli w czasie podróży kosmicznych i zwiedzania innych planet. Lecieliśmy tam rakietami konstruowanymi przez Stanisława Lema i Philipa Dicka, Wiśniewskiego Snerga i Ursulę Le Guin… a na kartach obok patrzyliśmy często właśnie na ilustracje Sętowskiego. I cóż, że wnętrza kapsuł kosmicznych znajdowały się pod kołdrą w pokoikach na ósmym piętrze? Liczył się napęd.

 

 

Tomasz Sętowski kończy dziś 60 lat. Dziś w znaczeniu umownym, relatywistycznym, czyli jakoś tak teraz, wczoraj lub za chwilę, ale kończy, co oznacza, że i my wszyscy, znający jego twórczość od lat, swoje kończymy. Trudno w to uwierzyć, szczególnie tym z nas, którzy wybrali się w podróż do gwiazd w latach młodości z nadzieją, że nigdy się nie zestarzeją, gdyż konserwować ich będą prędkości podświetlne. A jednak wracamy na tę szarą planetę, do spiętrzonych przez Gomułkę betonów i odkrywamy ze zdziwieniem, że czas jednak płynął, entropia działała, a wszystko dąży do chaosu, pomimo wysiłków nielicznych astronautów.

Co ciekawe, w czasie gdy nas nie było, świat fantasy rozkwitł, uzyskał nowe planety, a zalew literatury młodzieżowej z tego zakresu jest właściwie nie do ogarnięcia. Trochę to już inna fantastyka, właśnie bardziej fantasy niż SF, trochę bardziej realno-magiczna, pełna zwykłych nastolatków, którzy odkrywają nagle, że potrafią przechodzić przez ściany. Można nawet odnieść wrażenie, że to zemsta zza grobu Tolkiena i Lewis Carrolla, że to wszystko marketingowa zgrywa. A może po prostu wynik postakpokaliptycznego promieniowania niszczącego młode mózgi? Poważna fantastyka już była… na poważnie marzyło się w czasach Ronalda Reagana, a kompromitacja amerykańskiego programu kosmicznego zmusiła nas po prostu do pójścia do zwyczajnej pracy.

 

Dziś Sętowski kosztuje 4 razy więcej niż 5 lat temu.

 

 

Niewyczerpana energia niezwyciężonego miasta nadaje na sekretnych falach

Patrząc na sztukę fantastyczną widzimy od razu, że jej źródła znajdują się właśnie tam, gdzie swoje maszyny do pisania ustawiali pisarze, gdzie meskalinę na śniadanie ciągnęli wizjonerzy świata równoległego, gdzie nerdy wszego stworzenia dają ujście nieokiełznanemu temperamentowi. Nerdy, tak… nerdy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że mitologię super-bohaterów tworzą nerdy pochowane po piwnicznych pokoikach, chłopcy, którzy marzą, by być kimś więcej niż popychadłem z ósmej be. Tak też zresztą sami siebie odmalowują, tworząc w opowieściach o Herkulesach postacie towarzyszących im bardów. To lekko strachliwe wesołki wlokące się obok Wiedźminów, którzy co prawda nie podnieśliby nawet ich miecza, ale doskonale radzą sobie z piórem i kałamarzem. W tym miejscu należy przypomnieć starą lecz jarą prawdę, która jest prawdą świętą i niezaprzeczalną: nikt nie zostaje herosem, jeśli nie ma swojego poety.

I trzeba tę prawdę wziąć na poważnie. O ile żaden Wiedźmin, żaden Herkules, żaden Achilles nigdy naprawdę nie istniał, poeci, którzy ich stworzyli, byli jak najbardziej realni i to oni są prawdziwymi herosami naszej wyobraźni, to oni zasługują na nasz dozgonny szacunek. Nasze pragnienie, by ich pominąć, jest zbyt natarczywe, a rodzi się z potrzeby wiary w realność herosów. Chcemy być tacy jak oni, Wielcy. Wielcy jednak są ci, którzy ich stworzyli.

 

 

Potrzeba tworzenia mitów daje także twórczość takich ludzi jak Sętowski. Z zawieszenia pomiędzy snem a jawą, pomiędzy szaleństwem a dniem codziennym biorą się wizje Beksińskich, Vonnegutów, Ernstów. Przypominają się słowa Salvadora Dali:

Od wariata różni mnie tylko to, że nie jestem wariatem.

 

Giorgio de Chirico, Piazza d’Italia | 1913

 

Salvador Dali, „Dom dla erotomana” dla Marii de las Mercedes Adela Atucha y Llavallol

 

Max Ernst, Anioł ognia, 1937

 

Badając linie genealogiczne współczesnej sztuki fantastycznej, trzeba zacząć od ojca założyciela sztuki metafizyczno-surrealistycznej, czyli od Hieronima Boscha.

 

 

Przestudiowanie paranoicznych opowieści tego artysty zawartych na tym jednym obrazie zajmuje dwa lata, jednak nawet pobieżne zapoznanie się z treścią tryptyku pozwala odkryć generalną zasadę malarstwa fantastycznego: to mozaika mitów, prywatnych lęków, ideologicznych przekonań, powidoki kultury popularnej, zbiór dominujących motywów kolektywnej halucynacji, którą moglibyśmy nazwać kulturową podświadomością. Od bełkotu szaleńca obraz odróżnia tylko przejrzystość wewnętrznej logiki i komunikatywność całości. Inaczej mówiąc, artystyczna premedytacja zwana także programem. U Boscha te program jest jasny: Bosch wierzy w Boga i chciałby nam o tym Bogu opowiedzieć rzeczy niezwykle dla nas wszystkich istotne, związane z losem i przyszłością, ciężarem naszych indywidualnych wyborów w kontekście przemijania i nieuchronności śmierci.

Bosch jest katolickim ideologiem późnego średniowiecza, który naocznie pokazuje, że zamknięcie w obrębie prowincjonalnego miasteczka nie jest wyrokiem, oraz że każdy z nas ma szansę wyrazić istotę swojej epoki, jeśli tylko się zaweźmie i przestanie przejmować konwenansem.

Czy może dziwić, że w drugim zdaniu naszej rozmowy z Tomaszem Sętowskim pojawia się nazwisko Boscha, a nawiązując do swojej nadchodzącej warszawskiej wystawy Tomasz podsuwa swój obraz Komnata rozkoszy ziemskich, jako ten, który mu się marzy na motyw przewodni tej prezentacji? Rzecz jasna obraz i tytuł nawiązują do Ogrodu ziemskich rozkoszy Hieronima Boscha.

 

Komnata rozkoszy ziemskich

 

Hazard, seks, władza, obżarstwo… siedem, a nawet osiem grzechów głównych, o których naucza nas Sętowski na swoim płótnie, idąc za mistrzem z s-Hertogenbosch. W sumie nie mamy nic przeciwko żadnemu z nich i do wszystkich musimy się przyznać. Ruletka i hazard będą się przewijać przez twórczość Sętowskiego, ale będą także obecne w jego życiu prawdziwym, jako miłość i zmora, jako źródło niekończących się opowieści, fascynacji i lęku. Lęku przed zatraceniem. W Muzeum Wyobraźni, które Sętowski stworzył w Częstochowie zielony stół do ruletki stoi w głównej sali – jako przestroga i zachęta, a sam artysta chętnie opowiada o swoich wyprawach do Monte Carlo, o swoich przodkach grających w tę grę, o bandytach i kobietach, o przyjaciołach od żetonów, wśród których przewija się Tomasz Hajto. Tak, ten piłkarz. Nie pierwszy to raz, gdy życie artysty przeplata się z jego twórczością. Śmierć za oknem gra na skrzypcach i czeka na tych, którzy się rozkoszują rozrywką, ale koniec dla wszystkich jest taki sam – mówi autor.

Don Kiszot, Baron Munchausen i Tomasz Sętowski

Ale idźmy dalej za wątkiem mitu, jako świata marzeń, dążeń i lęków wykraczających poza zwyczajne pojmowanie codzienności. Kogo tam mamy? No jak to kogo. Na horyzoncie pojawia się błędny rycerz z piką wymierzoną w wiatraki i jego ojciec, Miguel de Cervantes. Don Kichote de La Mancha.

Te dwie postacie, mówi Sętowski, Don Kiszot i Baron Munchausen były dla mnie najbardziej inspirujące. Czytając Cervantesa wymyślałem nowe bajki. W tym sensie nigdy nie czułem się dobrze jako ilustrator tekstów, raczej wykorzystywałem je, by toworzyć swoje opowieści.

 

 

Film Terrego Giliama z 1989 roku o Baronie przeszedł prawie bez echa choć ja uważam – mówi Sętowski – że to była bardzo ciekawa rzecz. Kilka kadrów tego filmu znalazłem w jakiejś gazecie – był tam motyw takiej łodzi, którą połknął wieloryb i ta bardzo efektowna scenografia posłużyła mi do obrazu Przygody Barona Munchausena… z czym wiąże się moja prywatna anegdota… Otóż namalowałem ten obraz w formacie 180 na 211 centymetrów. A czemu? Bo ja mam 180 cm wzrostu, a na akademickich mistrzostwach Polski w skoku w zwyż skoczyłem 211, zdobywając mistrza! – śmieje się Sętowski i to rzeczywiście zabawna anegdota – ale wiedziałem, że drugim Wszołą nie zostanę, więc poszedłem w malarstwo.

 

Przygody Barona Munchausena

 

Na ale to nie koniec inspiracji. Badając świat fantasy i realizmu magicznego suniemy dalej w kierunku wieku dwudziestego, gdzie napotykamy pierwszych surrealistów, Salvadora Dali, Maxa Ernsta, Giorgio de Chirico. Metafizyczne natchnienia uwolnione od konieczności studiowania Boga, zachwycone same sobą, tajemnicą w sobie zawartą, studiujące przestrzeń obrazu jako przestrzeń równoważną dla świata lepionego z codzienności.

Skąd u pana ten pociąg do geometrii, do architektury, skąd te kolumnady, wieże, okna? – pytamy Sęta. – Nam się wydaje, że to ścieżki przetarte przez matematyczne grafiki Maxa Eschera, podążające za jego figurami niemożliwymi.

No pewnie – potwierdza Sętowski – Max Escher był dla mnie wielkim odkryciem na studiach, miałem jego album i studiowałem jego pomysły dość wnikliwie. W moim zafascynowaniu pokrzywioną architekturą swój udział miał także Piranesi (Giovanni Battista Piranesi (1720 – 1778) – włoski grafik i architekt, który działał w Rzymie), osiemnastowieczny grafik, który robił monumentalne wnętrza więzień. Ogromne kolumnady. To wszystko się bierze z zachwytu… z fascynacji tradycją malarską, z chęci uwspółcześnienia tego, co z tradycji płynie. Moją wielką pasją jest na przykład malarstwo barokowe, kompozycje wieloelementowe…

Te ciemne, mroczne obrazy, motywy pasyjne? Te ciała składane do grobów i sztyletowane? Te Caravaggia?

Oj tak, Caravaggio jest dla mnie numerem jeden. Co prawda on malował obrazy religijne, pasyjne, tego u mnie nie ma, ale fascynuje mnie światłocień, to wychodzenie z ciemnego. Rozpracowywałem tego artystę na wiele sposobów, wsiąkłem w biografię Caravaggia, polecam książkę „Caravaggio, geniusz i awanturnik”, Desmodna Sewarda, z opisami wybryków, awantur i przygód.

Tu Sętowski niczym chłopiec wchodzi w opis rapieru, który przypasany do niskiego artysty pobrzękiwał za nim na brukach Neapolu, oraz o giermku, który później ten rapier za malarzem nosił. Tam było więcej niż jedno morderstwo – rzuca na koniec tego wątku Tomek.

 

Caravaggio, Judyta odcinająca głowę Holofernesowi, 1598-1599

 

Trudno powiedzieć, czy coś z pasyjnego rozmachu malarza z Neapolu jest w pracach malarza z Częstochowy, choć przecież mieszka w miejscu idealnym do krzewienia malarstwa religijnego… gdyby tylko chciał… No może tylko te kobiety o dumnych twarzach. Jeśli fascynacja Sętowskiego barokowym mistrzem jest prawdziwa, możemy się domyślać, że jego wyniosłe kobiety to biblijne Judyty zakradające się do śpiących mężczyzn, by skrócić ich o głowę.

 

 

 

 

Następny na liście inspiracji Sętowskiego widnieje Hans Giger, szwajcarski wizjoner świata stworów biomechanicznych. – Poznałem człowieka, który był jego kierowcą – opowiada Sętowski. – To Polak. Traf chciał, że przyjechał do mojego Muzeum Wyobraźni w Częstochowie z zamiarem kupna obrazu. Zobaczył reprodukcję Aliena, która stoi w centrum pierwszego pomieszczenia i takeśmy się zgadali. Od słowa do słowa zaczął mi opowiadać szczegółu z życia Gigera. W ten sposób poznałem prawdziwą historię tego „upadku ze schodów”, które zakończyło życie Gigera. Nie będę tu teraz plotkował. Dostałem od niego trochę pamiątek – a to kalendarz, a to książkę z podpisem Gigera. W latach dziewięćdziesiątych w każdej księgarni były jego albumy. Biomechaniczne pomysły mi nie odpowiadały, więc nie wciągnąłem tego do mojego malarstwa, ale spędziłem godziny studiując jego pomysły. To wszystko zostaje z tyłu głowy, coś wykorzystasz czegoś nie, ale to wszystko składa się na pewną wizualną propozycję, którą potem przedstawiasz. Teraz jest internet, ale kiedyś miałem specjalną teczkę, w której gromadziłem zdjęcia inspiracje pełną różnych motywów, z których tworzyłem kolaże.

 

 

Książką, która zrobiła na mnie największe wrażenie, która później znalazła ujście w moim sposobie życia i myślenia, był Wilk Stepowy Hermana Hesse

– mówi Sętowski, czym wzbudza pewne nasze zaskoczenie. – Już w młodości utożsamiałem się z intelektualnym oderwaniem głównego bohatera. Wróciłem do niej po latach, gdy sam byłem już po pięćdziesiątce tak jak główny bohater, i ta historia nadal na mnie działa. Rozumiem, że można się tak wyobcować, będąc tak blisko ludzi. Zafascynował mnie przedstawiony przez Hessego pomysł Teatru Magicznego, innej rzeczywistości, do której wstęp nie jest dla każdego. Harry Haller wkraczał w tę sferę, jakby wkraczał w swoją podświadomość, eksplorował to, czego nie ujawnia otaczający go na co dzień mieszczański świat. Spodobał mi się pomysł komnat i prowadzących do nich drzwi, które pozwalają odkrywać nieznane aspekty tego samego. Motyw drzwi wykorzystałem potem w swoich obrazach. Różne światy w jednej komnacie – każde wyjście jest do innej historii. I to jest pomysł zaczerpnięty od Hesse.

No i w ten sposób doszliśmy do współczesności. A współczesność przedstawia się tak, że Tomasz Sętowski ma dziś za sobą czterdzieści lat pracy twórczej, drogę od malarza ulicznego po artystę cenionego w Polsce i na świecie, dysponującego własnym rozpoznawalnym stylem.

 

W takim razie, pozostaje nam zapytać o wystawę, która wkrótce otwiera się w praskim koneserze, w galerii ToTuart.

Wystawa będzie miała tytuł: Imaginarium. Chciałem, żeby miała charakter retrospektywy, ale nie udało mi się zdobyć starych rzeczy. To wszystko jest rozsiane po świecie. Dlatego skupię się na najnowszych pracach. Dla ludzi, którzy lubią moją twórczość to będą same hity, że tak powiem… same hity… Obrazem, który definiuje tę wystawę będzie Ultimum Votum, ostatnie życzenie, nawiązanie do kilku wydarzeń z poprzednich obrazów. Wystawa zaplanowana jest na 30-40 obrazów, będą obiekty, rzeźby monumentalne i ceramiczne, będą grafiki, szkice robocze i gwasze, żeby pokazać jak powstaje obraz.

 


 

Tomasz Sętowski: Imaginarium, wystawa jubileuszowa – połączona z premierą albumu, otwarcie 21 kwietnia 2021, zapewne bez publiczności ze względu na obostrzenia pandemiczne. Zapraszamy na oglądanie indywidualne.

 

Polecane dzieła

SKLEP TOTUART

Poniżej prezentowane dzieła sztuki możesz kupić w ToTuart

Wt – Nd 12:00 – 20:00

Centrum Praskie Koneser Plac Konesera 3 03-736 Warszawa